serpentine.brand
|
agencja emarketingowa specjalizujaca sie w tworzeniu strategii komunikacji w nowych mediach |
|||||
|
|
„Rzeczywi¶cie
[…]
…je¶li
|
Nowe systemy komunikacji |
|||
|
|
|||||
|
|
|||||
|
|
|||||
|
|
|||||
|
|
|||||
Autor: serpentinebrand Data: Listopad 8, 2008
Autor: serpentinebrand Data: Październik 31, 2008
Spektakl “blogi.pl” zrealizowany w krakowskim Starym Teatrze (premiera 26.09.2008) oparty jest na tekstach trzech blogów: www.barbarella.blog.pl ,
www.formaprzetrwalnikowa.blox.pl , www.mydziecisieci.blog.pl
Autor: serpentinebrand Data: Październik 14, 2008
Na zamglonej, górskiej drodze, na takiej, na której można spotkać tylko nierówną nawierzchnię, zawsze dzieje się coś nieprzewidywalnego. Kiedyś zatrzymałem się w wiosce niedaleko takiej drogi. Z pozoru niewiele tam można było robić. Niewiele, ale w miasteczku oddalonym o około trzy kilometry wódki i piwa było bardzo dużo, w różnych kolorach i kształtach butelek. Trzy kilometry to nie jest w tym rejonie duża odległość. Jednak trzeba ją było pokonać na piechotę. Dodając drogę powrotną, trasa wydłużała się już znacznie. Wydłużała się do odległości, na której musiało się coś wydarzyć. No i może się wydarzyło.
Przeczekaliśmy pierwszą noc w tej okolicy korzystając z własnego prowiantu. Cztery litrowe butelki wódki miały nam wystarczyć na dłuższą część pobytu, ale już tej nocy poznaliśmy kilka ciekawych osób, z którymi połączyła nas szczera przyjaźń i alkohol. Rano okazało się, że przyjaciele wyruszyli w dalszą podróż na drugą stronę granicy. My zostaliśmy na kolejne dni sami i z pustymi rękoma.
Z okna chaty było widać drogę, która wiła się w dole przez kilkaset metrów, po czym ginęła w lesie. Po drugiej stronie góry w dolinie znajdowało się miasteczko. Nie było wyjścia trzeba było ruszyć w drogę. Zebraliśmy się w kilkanaście minut. Pogoda była paskudna. Pochmurnie, zimno a górska wilgoć wpychała się pod ubranie. Taką pogodę w takich sytuacjach szczerze uwielbiam, nadaje sytuacji ton bardziej poważny. Przy szosie znajdowało się kilka domów, ale wyglądały na średnio zamieszkałe. Z pewnością ich mieszkańcy opuścili je bardzo wcześnie rano wychodząc do lasu a wrócą do nich dopiero późnym wieczorem. Ja i tak miałem najlepiej, bo z zasady nie pije wódki, więc w nocy wypiłem tylko kilka słabych, słowackich piwa. Moi koledzy niestety szybko znikali w oczach po kawałeczku. Nie można było liczyć na przygodnie złapany autostop. Wysnułem nawet wniosek, że łatwiej było złapać stopa w Algierii niż na tych krańcach Rzeczpospolitej gdzie naród dziki i nieufny. Na drodze natomiast tylko ciężarówki z drewnem. Uwielbiam drewno jest takie ciepłe i jest w nim jakaś ukryta energia, której nie potrafię określić, ale w formie długich pali na naczepie ciężarówki budzi mętne skojarzenia.
Po jednej stronie drobi był strumień a po drugiej las, a potem strumień też płynął przez las i po dwóch stronach szosy był las. Pojazdy były utrzymywane na tym torze przez metalowe bariery. Pomimo początkowych fatalnych nastrojów szliśmy całkiem sprawnie prowadząc rozmowy o wszystkim, ale najbardziej śmieszył nas napis w na drzwiach toalety w naszej chatce. „Hodor je chuj”- to najbardziej surrealistyczne stwierdzenie, z jakim spotkaliśmy się od przyjazdu. Zapewne jakiś młody Słowak pomyślał tak kiedyś o swoim koledze i zapragnął poinformować o tym świat. Drzwi toalety to wbrew pozorom bardzo skuteczne medium. Wielokrotnie spotykałem się z tego typu komunikatami, których wiek niejednokrotnie przekraczał kilka lat, o czym świadczyła data dokonania wpisu. Wiele z nich zapamiętałem, ale trzeba tu przyjąć poprawkę na fakt, że moja pamięć jest bardzo specyficzna.
Nie wiem ile to trwało, może godzinę może półtorej, ale dotarliśmy do miasteczka w pełnym składzie. Miasteczko było praktycznie wyludnione. Centralną część stanowiły budynki otaczające plac i park a w środku środka, na placu stał czołg. Stary radziecki czołg z długą lufą wycelowaną w cel, nasz cel podróży, sklep spożywczo-monopolowy. Sprzedawczyni, choć raczej niesympatyczna to jednak znała się na swojej pracy i wszystko odbyło się bardzo sprawnie. Zamawianie, podawanie, płacenie, pakowanie, domawianie, płacenie, pakowanie, wychodzenie zabrało nam nie więcej jak pięć minut. Masa czasu stracona dla pięciu minut. Masa czasu stracona tylko, dlatego żeby potem opowiadać przez następne pięć lat, przy każdej nadarzającej się okazji, jak to się „bawiliśmy” w lasach przy granicy. Zawsze mnie to irytowało jak podczas koleżeńskich spotkań wszyscy musieli się licytować ile to ktoś nie wypił a ile mógłby jeszcze wypić gdyby nie trzeba było iść trzy kilometry do sklepu.
Po rozliczeniu się z sytuacją zastaną postanowiliśmy jednak pozwiedzać miasteczko. Stare kryte dziurawą blachą piętrowe kamienice, tynk leci na głowę, wilgoć, pleśń i mgła to wszystko można było tam znaleźć. Chcieliśmy usiąść w bramie jednej z kamienic, ale zapach moczu był zbyt silny. Nie było się napić piwa, bo nikt nie przewidział, że może ktoś będzie chciał usiąść w parku. Na czołgu lepiej nie siadać do można się poślizgnąć. No to został nam tylko przystanek PKS-u i cmentarz. Wybraliśmy cmentarz, ale jakaś kobieta z grabiami zaczęła nas ścigać jak zobaczyła piwo. Pomimo chęci zapoznania się z miejscową kulturą i sztuką nagrobną musieliśmy wracać. Powrót okazał się zabawny i szybki nie licząc przerwy na obsikanie przystanku. Gdy wróciliśmy do chatki, większość z nas położyła się spać reszta coś gotowała i słuchała dziwnej muzyki. Była sobota, gdzieś przez okno było słychać orkiestrę weselną. Dwa dni później wyjechaliśmy bardziej na zachód. Ponoć handel drzewem kwitnie. Nigdy już nie spotkaliśmy się w tym samym składzie.